Nigdy nie chciałem być księdzem. Myśl o powołaniu wydawała mi się czymś śmiesznym, nierealnym, jakby w ogóle mnie nie dotyczącym. Chociaż od dziecka byłem ministrantem, a moi rodzice wychowywali mnie w miłości do Boga i Kościoła, to myśl, że mógłbym zostać kapłanem wydawała mi się straszna. Nie wyobrażałem sobie życia w samotności, samemu, bez osoby, o której wiem, że zawsze będzie przy mnie. Dlatego kapłaństwo wydawało mi się czymś nierealnym, nienaturalnym, przez to, że wymagało rezygnacji z czegoś, z czego zrezygnować nie byłem w stanie, nawet nie wyobrażałem sobie tego. Odrzuciłem więc myśl, że mogę być powołany do kapłaństwa. Kiedy jednak od czasu do czasu maleńka myśl o powołaniu próbowała wracać, nie wahałem zwracać się do Boga w modlitwie: "Nie mam powołania, bo pragnę mieć rodzinę. Nie mam powołania, bo boję się samotności. Zabierz ode mnie te myśli, bo nie chcę mieć powołania, to nie dla mnie.gdym się tak nie bał samotności.". Porzuciłem więc myśl o powołaniu.
Kiedy byłem w drugiej klasie technikum wszystko zaczęło się zmieniać. Pewnego razu obudziłem się wcześnie rano, kiedy właśnie wschodziło słońce (mieszkam w górach, więc ten widok jest zawsze urzekający) i poczułem jakby ktoś wyciągał z mojego wnętrza cały strach przed samotnością. Mieszały się we mnie uczucia niepewności i ulgi. Kiedy wszystko się skończyło czułem się niezwykle lekki, pozbawiony tego, co związywało całą przyszłość. Z niezwykłą jasnością uświadamiałem sobie: "Skończyły mi się argumenty", a potem z wielką mocą i pewnością: "Będę księdzem". Na tym powinna skończyć się ta historia, lecz mimo tak klarownego doświadczenia powołania, wiele razy jeszcze uciekałem.
Potem spotkałem wspaniałą dziewczynę i stanąłem wobec wyboru: z jednej strony miałem doświadczenie dotykalnej interwencji Boga, który powołuje, a z drugiej myślałem sobie: "Może to jednak nie ta droga, może jednak moje powołanie jest inne, przecież to nie przypadek, że spotkaliśmy się właśnie teraz". Wybrałem drugą drogę. i pomyliłem się.
Dobrze było być z drugą osobą, wspólnie spędzać czas, dzielić zainteresowania i pasje, smutki i radości, ale to nie było to! Coraz mocniej czułem, że to jednak nie moja droga, że powinna być inna. Dziś już wiem, że powołanie i Pan Bóg przypominali kierunek, wtedy jednak nie byłem w stanie go dostrzec, po raz kolejny byłem głuchy na Boży głos. Trudno było pogodzić się z myślą, że podjąłem złą decyzję, że nie uszanowałem daru, którego zadatek już otrzymałem, podważyłem pewność, która była dotykalna. Jednak Pan Bóg jest nieskończenie cierpliwy i pozwala podejmować decyzje wolnej woli. Bardzo gorzkie było przyznanie się do niewierności Bogu. Lecz głos, który wciąż brzmiał w sercu: "Pójdź za mną" był coraz silniejszy - On mimo mojej zdrady, wciąż czeka i chce mieć u siebie.
Rozstałem się z moją dziewczyną w atmosferze życzliwości. Pozamykałem za sobą wszystkie nie załatwione sprawy. Zdałem matury i złożyłem podanie o przyjęcie do seminarium.
Obecnie jestem klerykiem III roku legnickiego seminarium i mam niezachwianą pewność, że idę właściwą drogą. Dziękuję Bogu za wszystkie doświadczenia przeszłości oraz za Jego wielką miłość i wierność w darze powołania, który raz dany nie może zostać odebrany, i pozostaje w sercu na zawsze. Dziękuję za każdy dzień kroczenia drogą powołania, bowiem jeszcze nie zdarzyła się taka chwila, kiedy żałowałbym wyboru. Bóg jest tak wielki, że realizuje swój plan, mimo trudów, przeciwności i oporu powołanego.
Jemu chwała na wieki!
kl. Tomasz